Fredrowskie spotkanie w Kalwarii Pacławskiej

29 sierpnia 2026 roku na terenie sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej odbyła się zorganizowana przez „Przemyskie Towarzystwo Kulturalne” konferencja „Aleksander Fredro bliski i znany”. Projekt został dofinansowany z budżetu konkursu ofert „Mecenat Kulturalny 2026”.

Prezes PTK, były marszałek sejmu, poseł na sejm RP – Marek Kuchciński przywitał zgromadzonych na miejscu słuchaczy, prelegentów, a także gospodarzy: gwardiana klasztoru franciszkanów w Kalwarii Pacławskiej o. Mariana Gołębia i wójta gminy Fredropol Mariusza Śnieżka. Konferencja podzielona została na dwa panele. Pierwszy, opowiadał o życiu i twórczości hrabiego Aleksandra Fredry, w którym udział brali: historyk literatury, krytyk i poeta prof. Wojciech Kudyba, historyk dr. Lucjan Fac oraz filolog i krytyk literatury dr. Jan Musiał. W drugim, którego tematem był ród Fredrów, występowali prawnik, poseł na sejm RP, prof. Zbigniew Rau, była wojewódzka konserwator zabytków, Beata Kot oraz gwardian klasztoru franciszkanów w Przemyślu ojciec Rafał Antoszczuk.

Prof. Kudyba swoją prelekcję poprowadził w stylu podróży w czasie, przenosząc słuchaczy do Paryża roku 1850.  To właśnie w stolicy Francji w należącym do rodziny Czartoryskich budynku hotelu Lambert, Fredro pierwszy raz spotkał się z Adamem Mickiewiczem. I choć ich różnica wieku wynosiła zaledwie 5 lat to jednak styl pisania, charakter i duch ich twórczości różnił się na tyle, że do dziś historycy literatury spierają się czy uznać Fredrę za pisarza romantycznego, czy też nie. By to ocenić profesor ponownie przeniósł słuchaczy w czasie. Tym razem do podróży hrabiego do Włoch. Takie wyjazdy nazywane „Grand Tour” na początku XIX w. były ogromnie popularne wśród wszystkich osób aspirujących do miana ludzi kulturalnych. Zarówno Adam Mickiewicz, Zygmunt Krasiński czy Juliusz Słowacki, wszyscy byli zachwyceni pejzażem ziemi włoskiej, dziełami tamtejszej sztuki i upamiętniają to w swoich tekstach. Wszyscy, jednak nie Aleksander Fredro. W roku 1824, w wieku 31 lat wyrusza w „Grand Tour”. W swoich autobiograficznych zapiskach, zatytułowanych „Trzy po trzy”, wspomina ten wyjazd. W czasie drogi do Neapolu chwycony spleenem w Rzymie każe nawrócić i jechać z powrotem do Beńkowej Wiszni. To zachowanie było absolutnym ewenementem. Podczas gdy inni europejscy pisarze zakochiwali się w tym wyśnionym dla romantyków kraju, Aleksander Fredro popada w zły humor i pragnie wrócić do Polski. Po powrocie do swojego małego raju – Beńkowej Wiszni, siada i pisze dramat zatytułowany „Cudzoziemszczyzna”. Wyśmiewa w nim wszystkich tych, którzy zapatrzeni w zagranicę twierdzą, że Polska jest prowincją, a prawdziwe życie jest gdzie indziej. Aleksander Fredro uważa zupełnie odwrotnie. To w Polsce jest to co wartościowe, co tworzy krajobraz duchowy i kulturowy warty by w nim zamieszkać. A więc z pewnością był inny. Również jego śmierć nie jest podobna do pisarzy-romantyków, którzy zwykle umierali młodo. Aleksander odchodzi w wieku 83 lat. W swoich zapiskach noszących iście fredrowski tytuł „Zapiski starucha” zawarł aforyzmy. Trzy z nich prof. Kudyba przytoczył. W tym jeden brzmiący: „Naród, który nie ma siły i woli powiedzieć łotrom, że łotry, nie wart być narodem” To podkreśla głębię jego myśli. Krytycy Fredry za czasów jego życia tej głębi nie widzieli. Wytykali mu inność, pisanie komedii w czasie walk o niepodległość, a wśród najpoważniejszych i z pewnością najdotkliwszych zarzutów – nie bycie pisarzem narodowym. W połowie XIX wieku, a więc w czasie, kiedy państwa polskiego nie było, a naród istniał poprzez kulturę, taki zarzut brzmiał jakby ktoś chciał powiedzieć, że Fredro nie jest Polakiem. Swoją prelekcję prof. Kudyba zakończył stwierdzeniem, że o ile pisarzem romantycznym Fredro raczej nie był, o tyle narodowym z pewnością tak.

Z kolei dr. Lucjan Fac powiedział, że w przypadku Fredrów mamy do czynienia z jednym z najwybitniejszych rodów ziemi przemyskiej, choć bynajmniej nie jedynym, takich bowiem rodów był dostatek. Dodał, że jako historyk wojskowości spotkanie z Fredrą dla niego oznacza tylko jedno – jego historię na wojnie. Ta rozpoczęła się bardzo wcześnie. Wojskowym został w wieku 16 lat. W ramach ciekawostki prelegent dodał, że Aleksander Fredro w młodości był rudy. Nosił długie wspaniałe rude loki, które ściął wraz ze wstąpieniem do armii. Był to rodzaj zainicjowania wejścia w dorosłość i przemianę z Olesia w Aleksandra. Urodził się w Surochowie pod Jarosławiem 20 czerwca 1793 roku. W jego starej osławionej rodzinie było wielu wybitnych przodków w tym jeden marszałek sejmu, jeden biskup, jeden wojewoda, sześciu kasztelanów i wielu oficerów i żołnierzy. W takich szlacheckich rodzinach istniały dwa obowiązki. Było się żołnierzem i obywatelem. Z tych dwóch powinności należało zdawać egzamin czynnie uczestnicząc w życiu politycznym i broniąc ziem państwa. Rodzinę Fredrów spotykamy na polach wszystkich bitew, którymi idzie szlachta ziemi przemyskiej. Jego ojciec Jacek wraz z żoną Marianną i ośmiorgiem dzieci żyli w Beńkowej Wiszni. Przeprowadzili się tam z Surochowa gdy Aleksander miał cztery lata. Tam też doszło do tragedii. Podczas pożaru od poparzeń zginęła matka zaledwie 12-letniego Aleksandra. Od tego czasu obowiązek opieki nad dziećmi spadł na ojca. Zabierał on synów na różnego rodzaju wyjazdy i wędrówki. W maju 1809 roku podczas jednej z takich wycieczek, której celem była Nienadowa, na drodze pomiędzy Przemyślem a Mościskami Aleksander pierwszy raz miał okazję zobaczyć, że wojna, o której już mówiono, nie jest chimerą zza siedmiu mórz, ale jest tu, blisko. Napotkali oni bowiem mnóstwo fur uciekających z Jarosławia do Lwowa. Gdy dojechali do Przemyśla, w mieście czuć było ogromne napięcie i podniosłą atmosferę, wyczekiwano polskich ułanów. Tak Aleksander Fredro wspomina tamte chwile w Przemyślu:

„Jakiś duch, sercem tylko odgadnięty, przebiega, dotyka, porywa, wznosi w niebo nadziei. Ach, nie umrze, nie doznawszy największego szczęścia ten, którego owionął, choćby tylko na chwilę, ten upajający, rozkoszny, podwajający każde uderzenie tętna, ten pierwszy podmuch wolności – wolności!” – fragment tekstu z „Trzy po trzy” autorstwa Aleksandra Fredry.

Był to moment przełomowy w życiu przyszłego wielkiego pisarza. W tym samym roku dołącza do armii Księstwa Warszawskiego, do pułku ułanów pod komendą księcia Adama Potockiego. W wojsku awansuje na stopień kapitana i zostaje odznaczony dwoma najważniejszymi orderami: Orderem Virtuti Militari i Orderem Legii Honorowej. W 1812 roku bierze udział w wyprawie Napoleona na Moskwę. Kampania rosyjska niestety okazuje się wielką przegraną. Aleksander jest świadkiem przerażającego odwrotu zdziesiątkowanej „Wielkiej Armii”. Schorowany i skatowany wraca do Galicji. Widok ludzi umierających z głodu w czasie marszu, zostawianych rannych i wielu innych nieszczęść nie złamało w nim jednak poczucia humoru, dystansu do siebie i optymizmu. Takiego podejścia do życia dr. Fac życzył również słuchaczom.

Dr. Jan Musiał zaczął swoje wystąpienie od stwierdzenia, że Fredro przegrał jako żołnierz, jako romantyk, a dla niektórych nawet jako pisarz narodowy. Jeden z jego największych krytyków, Seweryn Goszczyński, twórczość Fredry określał mianem „spleśniałej kromki chleba”. Może dlatego, że głęboka misja patriotyczna, którą komediopisarz realizował, nie miała charakterystycznego dla romantyzmu patetyzmu, pozowanego rozdzierania szat, tylko ciche manifestowanie polskości. Sarkazm i domowy charakter jego twórczości w momencie represji zewnętrznych pozwalał na uniknięcie cenzury i przedostanie się do Polaków. Utwory takie jak „Pan Jowialski”, „Zemsta” czy „Dożywocie” choć nie mówią o tym wprost, to jednak przedstawiają w sposób przerysowany polskich ziemian lub wyśmiewają typowe polskie przywary. Takie działanie podkreślało polską odrębność kulturową. Kultywowało pamięć o obyczajach, staropolskich urzędach. Dr. Musiał zaznaczył, że dbanie o polską kulturę i pielęgnowanie tradycji to fundament patriotyzmu. Podkreślił przy tym, że twórczość hrabiego Fredry jest świadectwem ducha polskiej kultury w XIX wieku. Dlatego tak ważne jest, aby jego sztuki ciągle były wystawiane. Pochwalił przy tym działalność „Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie”, prowadzonego przez Zbigniewa Chrzanowskiego. Jedynego już polskiego teatru w mieście, w którym Aleksander Fredro żył, pisał i zmarł 15 lipca 1876 roku.

Drugi panel rozpoczął wykład prof. Zbigniewa Raua. Tematem jego wystąpienia była polska myśl polityczna XVII wieku. Prelegent powiedział, że mniej więcej 20 lat temu wpadł na pomysł aby wydać podstawowy zbiór traktatów polityczno-filozoficznych wieku XVII. Pomysł zrodził się po zauważeniu, że o ile przeciętny inteligent jest wstanie bez problemu wymienić polskich myślicieli politycznych z XVI wieku, jak np. Stanisława Orzechowskiego, czy Andrzeja Frycza Modrzewskiego oraz z wieku XVIII takich jak Stanisław Staszic, lub Hugo Kołłątaj, to z wymienieniem podobnej postaci z XVII wieku ów inteligent miałby problem. Niektórzy może chcieliby wcisnąć tu Piotra Skargę, który zmarł w 1612 roku. Byłoby to jednak mocno naciągane, bo niemal całe życie teolog przeżył w poprzednim stuleciu. Może w takim razie w XVII wieku nikogo takiego w Rzeczypospolitej nie było? Profesor stwierdził, że poczuł wtedy misję by wskazać ciągłość polskiej myśli politycznej od renesansu do oświecenia. Przęsłem łączącym te dwa okresy jest właśnie wiek XVII. Poszukiwania – w jaki sposób Polacy myśleli w tym czasie o swoim państwie i roli obywatela, doprowadziły do Andrzeja Maksymiliana Fredry. Był on wybitnym pisarzem politycznym. Dzięki jego dziełom jesteśmy w stanie zrozumieć sposób myślenia ówczesnych obywateli Rzeczypospolitej oraz zauważyć różnice w stosunku do obecnych czasów. Główna polegała na braku poczucia niższości względem Zachodu. Polacy, dla których podstawowym elementem tożsamości narodowej było pragnienie wolności, odrzucali obecny na Zachodzie absolutyzm. Jednowładztwo monarchy prowadzące do podporządkowania się władzy, uniemożliwiało dyskurs publiczny. Tymczasem szlachta polska propagowała model państwa, w którym obywatel jako człowiek wolny bierze udział w stanowieniu prawa. Kiedy stanowi prawo to potem mu podlega. Więc czemu podlega? Swojej własnej woli. A kto podlega swojej własnej woli jest wolny. Podsumował profesor Zbigniew Rau.

Temat Andrzeja Maksymiliana Fredry, założyciela Kalwarii Pacławskiej, rozwinął o. Rafał Antoszczuk. Opowiedział przy tym ciekawą historię, związaną z Kalwarią. Kiedy szlachcic utworzył obok klasztoru miejscowość, nadał jej nazwę Swoboda. To z powodu zniesienia pańszczyzny z jej mieszkańców. Musieli oni jednak pełnić rolę zaplecza hotelowo-gastronomicznego dla przebywających tam pątników i pielgrzymów, którzy przyjeżdżali z wielu stron. Ta szczodrość nie spodobała się spadkobiercom majątku Fredry, którzy po jego śmierci zrobili zajazd na Swobodę i zrabowali zebrane plony. Odpowiedź ze strony klasztoru była szybka. Miała postać zajazdu zorganizowanego na spadkobierców i odebrania zrabowanych dóbr.

Ostatnią tego dnia prelekcję poprowadziła była wojewódzka konserwator zabytków – Beata Kot. Przedstawiła ona grafikę zatytułowaną „Peristroma IX”, na której widoczny w oddali kościół i zabudowania uznawane są za najstarsze uwiecznienie Kalwarii Pacławskiej. Wydane w Gdańsku dzieło Andrzeja Maksymiliana Fredry, w którym zamieszczona została grafika, pochodzi z 1660 roku. Niestety, na ile jest to prawdziwe uwiecznienie specjaliści nie mogą powiedzieć. Dokumenty z 1702 roku mówią, że pierwszy kościół na Kalwarii istniał tam jeszcze przed przyjazdem franciszkanów. Był to kościół murowany, który niestety zawalił się. Zniszczeniu uległ również drugi kościół w latach dziewięćdziesiątych XVII wieku już w czasie obecności franciszkanów. Andrzej Maksymilian Fredro już w latach pięćdziesiątych XVII wieku powziął myśl, aby w tym miejscu wybudować fortalicję z klasztorem i sanktuarium. Przypuszczalnie stało się to po wizycie w Kalwarii Zebrzydowskiej i po jeszcze wcześniejszej wizycie w Jerozolimie. Istnieją nawet pewne podobieństwa do wybudowanej na początku wieku XVII Kalwarii Zebrzydowskiej. Na wzgórzu usytułowanych zostało 28 drewnianych kaplic wzdłuż dróżek kalwaryjskich. Liczba 28 kaplic nawiązuje do liczby stopni schodów świętych w Rzymie. Fredro tworząc Kalwarię Pacławską od razu planował ją jako miasto. Układ fortyfikacji pięcioramiennej gwiazdy, w systemie bastionowym, osłaniał umieszczony w środku klasztor. Istotny jest nie tylko układ przestrzenny Kalwarii, ale też stan zachowania poszczególnych budynków. Charakterystyczne wydłużone domy, o konstrukcji przysłupowej, w których zazwyczaj część mieszkalna łączyła się z częścią gospodarczą pod jednym dachem. Poddasze często było przeznaczone dla pątników. Nierzadko też wejścia na poddasze były niezależne. Domy były co roku bielone wapnem. Budynki przeznaczone dla pielgrzymów często były przypisane konkretnym parafiom. Niejednokrotnie zwyczaj ten zachował się do dziś. Pani konserwator przypomniała jeszcze jedną istotną postać z rodziny Fredrów. Był nim Aleksander Antoni Fredro, biskup przemyski. Autor trzech ważnych fundacji: Archikatedry przemyskiej, kościoła Dominikanów w Jarosławiu i kościoła w Starej Wsi. Inwestycje finansował z własnych środków. Zmarł w 1734 roku, krótko po tym jak w czasie prac w katedrze przemyskiej zawaliło się sklepienie.

Drugi panel zakończył o. Rafał Antoszczuk podsumowując znaczenie wkładu rodziny Fredrów nie tylko w Kalwarię Pacławską, ale też w cały region. Andrzej Maksymilian Fredro żył krótko, bo 59 lat. Urodzony w 1620 r., zmarł w 1679 r. w Przemyślu. Gdyby doprowadził swoje dzieło do końca, to Kalwaria Pacławska byłaby jedną z ważniejszych twierdz tych ziem. Podobnie jak Kamieniec Podolski, Sokal, Chocim i wiele innych, które dzisiaj nie są w granicach Rzeczpospolitej, ale świadczą o jej dawnej potędze.

Miłosz Borzęcki